Moja przygoda z Modern Talking zaczęła się w 1986r, kiedy miałam lat... 10 w porywach na 11,

ale to nie przeszkadzało mi intensywnie wsłuchiwać się i z równą siłą zachwycać nieziemskimi (wtedy dla mnie) brzmieniami "Cheri Cheri Lady", "You`re my heart, you're my soul" itp. Razem z równolatką-kuzynką uruchamiałyśmy - pod groźbą ścięcia głowy - ówczesną świętość technologiczną: radiomegnetofon "Kasprzak" podczas, kiedy nasze ciocie wychodziły na swoje pierwsze randki - a my z racji młodego wieku jeszcze zostawałyśmy smutno w domu

. Święty "Kasprzak" nie został przez nas unicestwiony, ale za to wymiętoliłyśmy oryginalny plakat Modern Talking (na którym Thomas jeszcze był bez naszyjnika "Nora"). Co tu dużo mówić: zakochane byłyśmy w Thomasie po uszy...
Dziś wiem, że to Dieter Bohlen był główną nutą i głównym mózgiem tamtych klimatów i to jemu zawdzięczamy sens utworów - a który pozostawał raczej w cieniu wokalisty (co jest też jak wiadomo jednym z aspektów konfliktu pomiędzy artystami); ale wtedy, w tak ubogo rozwiniętym przepływie informacji - liczył się tylko obraz, jaki media nam przekazywały, a i to było daleko poniżej poziomu jaki miały np. media niemieckie.
Obecnie - dalej lubię tego faceta i z niesłabnącą sympatią darzę jego tembr głosu.
Po latach 90-tych tamte klimaty odeszły z dwóch powodów: że nastały nowe trendy muzyczne, lepiej i dynamiczniej napędzane w mediach i też z tego powodu, że jakoś nie trafił we mnie do końca nowy image zespołu z rapującym gościem, ale powiem Wam - mile odniosłam się do samego powrotu sławnego Modern Talking, bo uznałam, że coś trwa, coś nie przeminęło!
Tak że wybrałam się na koncert Thomasa i jestem tutaj doceniając istnienie Fan Clubu i jednocześnie składając niejako hołd tamtym czasom!
Viva la musica!