Witajcie wszyscy

Jestem już z Wami ponad dwa lata – mam tu na myśli rejestrację na forum – więc chyba czas najwyższy, żeby w końcu się przedstawić, a miałem to zrobić już grube miesiące temu. Z niektórymi z Was zdążyłem już się widzieć na żywo, ale nie opowiadałem tego wszystkiego, co opisuję poniżej. Jeżeli ktoś ma w sobie choć odrobinę ciekawości, kim jest ten Geronimo, który wypisuje te dyrdymały, to serdecznie zapraszam do zapoznania się z moją historią – historią Modern Talking z mojej perspektywy ; )
Dla niektórych może będzie to sporym zaskoczeniem, ale fanem, może celniejszym określeniem byłoby tutaj „wielbicielem”, muzyki spod szyldu Modern Talking, a później także całego muzycznego otoczenia i projektów powiązanych, jestem raptem (dla mnie może już) od kilku lat. Gdy niektórzy z wypiekami na twarzy czekali na występ Thomasa w 2010 r. w Zielonej Górze, ja pewnie skakałem na koncercie Rycha Peji albo gibałem się w rytm muzyki elektronicznej zwanej przez spore grono osób techniawą tudzież łupaniną. Gdy część z Was nie mogła doczekać się odsłuchania nowej płyty „In The Garden Of Venus”, mnie nawet nie było w planach. Ale po kolei.
Od młodego może nawet nie przepadałem za słuchaniem muzyki w ogóle. Wysnuwam taki wniosek w momencie porównania z moim starszym bratem, który, będąc w analogicznym wieku, kiedy ja byłem młody i nie słuchałem nic oprócz radia w samochodzie, jak jechałem gdzieś z rodzicami, zasłuchiwał się na walkmanie, zasypiał przy muzyce itp. Pół żartem pół serio mogę powiedzieć, że wierzył we mnie, bo pamiętam, jak przekomarzał się z mamą, że muzyka mnie jeszcze porwie

No i jak już z czasem jakoś naturalnie, może nie tyle mnie porwała, co zacząłem jej w miarę regularnie słuchać, to słuchałem raczej wszystkich gatunków. Mógłbym pokusić się o jakieś nurty dominujące, typu muzyka elektroniczna, ale generalnie to był miszmasz. Pamiętam, jak uzupełniając rubrykę „muzyka” w jakimś kwestionariuszu przed laty, wpisałem Michaela Jacksona, Rycha Peję i 50 Centa. Jeżeli chodzi o zespół Modern Talking, to miałem parę piosenek na komputerze (największych hiciorów), a samą formację znałem od zawsze, na tej samej zasadzie jak od zawsze znam Elvisa Presleya czy choćby wspomnianego Michaela Jacksona. I mówię tu całkiem poważnie, nie mogę tak jak niektórzy przytoczyć z pamięci momentu, kiedy pierwszy raz usłyszałem muzykę Modern Talking. Być może wpływ miał na to fakt, że mam starsze rodzeństwo i ta muzyka w tle gdzieś tam była od pierwszych lat, a może pierwszych dni.
I tak sobie słuchałem wszystkiego aż do końcówki 2012 r. Pamiętam ten moment, kiedy kolega na studiach zakomunikował mi, że Modern Talking będzie grało w Krakowie – w tym mieście też studiowałem. Na początku – a gdzie tam, na początku – w ogóle mu nie chciałem uwierzyć. Gdzie, Modern Talking, takie super gwiazdy w Krakowie. Uwierzyłem dopiero, gdy na YouTubie, podczas oglądania teledysku, pod filmikiem, można było przeczytać informację w stylu „Na żywo – Kraków, 29.11.2012, Hala Wisły”. Swoją drogą nigdy wcześniej ani też nigdy później nie widziałem podobnej reklamy kontekstowej jakiegoś wydarzenia koncertowego w tym serwisie. Uwierzyłem. Już wtedy na tyle musiałem cenić tę formację, że z budżetu studenckiego gotowy byłem wysupłać 99 zł na bilet, a w tym czasie mógłbym za to parę imprez przeżyć. I tak – do ostatniego momentu byłem pewny, że to będzie koncert Modern Talking, a nie Thomasa Andersa, a że grupa rozpadła się w 2003 miałem dowiedzieć się z Wikipedii po występie. W domu pochwaliłem się biletem – bo ciągle nie mogłem uwierzyć, że wybieram się na taki koncert – i ostatecznie przyszedł czas przedstawienia, ten wieczór. Thomasa nie poznałem

różnił się przecież od wizerunku Modern Talking, który miałem w pamięci. Dajcie wiarę, że po występie – kiedy już się okazało, że był jeden facet z dwójki – sprawdzałem, który to śpiewał – ten blondyn czy ten czarny. Sam koncert, o taką ocenę się pokuszę z perspektywy czasu, przeżyłem chyba w lekkim transie. Niektóre przeboje różniły się od oryginałów ze względu na koncertową aranżację, czasami nawet ciężko było poznać, który to kawałek – ale tak jak pisałem – byłem chyba w transie. Do teraz pamiętam, jak po występie przysiadłem na schodach w Hali Wisły. Może czekałem aż zwolni się kolejka do szatni – nie wiem, tutaj pamięć zawodzi – ale jednak czuję, że musiałem przysiąść, żeby uzmysłowić sobie, co właśnie się stało. Jak się później miało okazać, było to parę godzin, które – nie boję się tego powiedzieć – zmieniło na dobre moje życie. Pamiętam, jak na świeżo, dzień po, słałem SMS-y do przyjaciółki z wrażeniami. Ciągle mam je w telefonie, przytoczę fragment: „Suuper, naprawdę warto było ;* będę mógł się pochwalić w przyszłości, ze dane mi było takich kawałków posłuchać na żywo”, a już dwa dni po, w odpowiedzi na pytanie, co tam u mnie, odpisałem: „Po staremu, słucham modern talking ostatnio non stop ;D”. No i lawina poszła…
Poszła, wszystko się zaczęło. Wyszukiwanie informacji o grupie w Internecie, o czym napomknąłem już wyżej – tutaj szczególne podziękowania dla Arka, gdyż do nieocenionego wręcz kompendium wiedzy zaglądałem (i wciąż to robię) niezliczoną liczbę razy – oglądanie teledysków, słuchanie piosenek, ale nie tylko już tych mega hitów, ale wszystkich. Wyobrażacie to sobie? Te mocje, które niektórzy z Was przeżywali m.in. circa 30 lat temu, ja zacząłem odczuwać dopiero z końcem 2012 roku. Bardzo dobrze pamiętam i nie wstydzę się do tego przyznać, jak łzy mi płynęły przy pierwszych przesłuchaniach „There’s Too Much Blue In Missing You” czy „Lady Lai”. Ciekawe z psychologicznego punktu widzenia dlaczego. To raczej nie była wina przecież ani tęsknoty za starymi czasami, bo mnie wtedy na świecie nie było, ani piosenka nie kojarzyła mi się z niczym smutnym, bo dopiero ją poznawałem. Chyba po prostu z powodu genialności tych nagrań, wrażenia i wzruszenia, innego powodu nie widzę. Zresztą do teraz zdarza się uronić łzę (bo przecież facetowi płakać nie wypada

) do piosenek Modern Talking – ale nie tylko – które już znam. Pierwsze skojarzenie – „Testamente d'Amelia” Blue System, jednym słowem majstersztyk. No właśnie, bo w efekcie ciągłego słuchania wyłącznie Modern Talking – nie chcę kłamać, ile to trwało, ale może tak z rok, ponad? – naturalną koleją rzeczy zainteresowałem się dalszą częścią tego lepszego świata. Solowe projekty Thomasa, Blue System, produkcje Dietera… Emocje, o których wyżej napisałem, z odsłuchiwania nowych nagrań towarzyszą mi do teraz, co też może dla niektórych z Was być ciężkim do wyobrażenia. Wszystkie piosenki Modern Talking poznałem, to jasne, ale jakiś czas temu podążyłem np. w stronę odkrywania niemieckojęzycznych piosenek Thomasa z początku kariery, choćby „Judy”, a dajmy na to parę dni wstecz pierwszy raz w życiu zacząłem przesłuchiwać z kolei z nieco późniejszych lat albumy Thomasa „When Will I See You Again” i „Souled”. Wierzcie lub nie, ale każde kolejne nagranie to dla mnie arcydzieło, coś pięknego. Nie potrafię tego ubrać w słowa, brakuje mi wyrazów, żeby to opisać. Tak na mnie ta muzyka oddziałuje.
Pozwolę sobie jeszcze cofnąć się w tej opowieści do przełomowego koncertu i pierwszych tygodni po, kiedy Modern Talking zaczęło grać w moim życiu na okrągło. Przed Sylwestrem 2012/2013 podzieliłem się ze znajomymi na Facebooku jedną z piosenek grupy, życząc kolegom i koleżankom dobrej zabawy. Nic nadzwyczajnego w sumie – bardzo dużo ludzi postępuje podobnie. Jednak po tygodniu podzieliłem się kolejnym utworem, po następnych 7 dniach kolejnym… Każdy był opatrzony krótką wiadomością (jeżeli któryś z moich znajomych to czyta, to już wie, że ja, to ja

). Później wiadomości się rozrosły, i tak, przez cały rok, co tydzień wrzucałem kolejne piosenki z opisem na ich temat lub też na temat nadchodzących w bieżącym tygodniu wydarzeń, do których utwór w jakiś sposób nawiązywał. A opis z czasem przybrał formę opowieści na stronę A4, i tak co tydzień. Tworzeniu opisów towarzyszących piosenkom Modern Talking poświęcałem tygodniowo 3-4 dni, co tydzień aż do końca roku. Osiągnąłem tym wielki dla mnie sukces – moi znajomi zespół Modern Talking kojarzą w głównej mierze ze mną, co jest dla mnie niesamowicie dużym wyróżnieniem. Oczywiście po tym, jak podzieliłem się z nimi ponad 50 piosenkami, zagłębili się też w twórczość duetu, co jest dla mnie także ogromnym plusem. Przychodzi mi do głowy jeden znajomy, który na kanwie wrzucanych przeze mnie piosenek postanowił ściągnąć dyskografię Modern Talking (wiem, wiem, piractwo itd., ale nie o tym teraz chciałem). Miał taki system, że odtwarzał całą płytę w tle podczas wykonywania innych czynności i jak któraś piosenka mu się nie podobała, to ją na bieżąco usuwał. Po czasie oświadczył, że jest w trakcie przesłuchiwania bodaj trzeciej płyty i… nie usunął jeszcze ani jednego utworu. To mówi samo za siebie

I tak życie z ukochaną muzyką w tle toczy się dalej. Ogień w moim sercu do tych melodii nie wygasa ani trochę. Za mną parę koncertów Thomasa. Staram się, aby przed każdym skontaktować się z kolegą, który poinformował mnie parę lat temu o występie, od którego wszystko się zaczęło, aby mu podziękować, gdyż cały czas pozostaję mu za to wdzięczny. Z okazji koncertów poznałem wielu fantastycznych ludzi – tak, to również o Was!

Przede mną, mam nadzieję, co najmniej drugie tyle występów. Udało mi się również zdobyć autografy obydwóch idoli – zarówno na zdjęciach solowych, jak i wspólnym, Modern Talking. Do Dietera wysłałem list – przekazałem podobną niekończącą się opowieść jak tutaj

no, może trochę krótszą. W tym względzie podziękowania dla forum bohlenworld.de, którego użytkownicy pomogli w realizacji tego celu. Podpis Thomasa z kolei (z dedykacją!) uzyskałem po koncercie w Katowicach w 2015 r., i tutaj ogromne wyrazy wdzięczności dla Patryka z Fan Clubu, dzięki któremu stało się to możliwe. Do tej pory pozostaję mu niewymownie wdzięczny. Patryku, pisałem Ci, że to chyba najważniejsza pamiątka w moim życiu i że w czasie pisania wiadomości nie mogłem sobie przypomnieć ważniejszej. Reflektując się i doprecyzowując, dopowiem, że równie ważną dostrzegam, tuż obok – podpis Dietera

Ale oczywiście traktując autografy w komplecie, jako całość, to wierzę, że poprzednie stwierdzenie pozostaje w mocy

.
Na koniec taka dygresja. Niedługo przed – najważniejszym dla mnie, pierwszym – koncertem Thomasa rozstałem się z kobietą, z którą wiązałem ogromne nadzieje na wspólną przyszłość. Nie wiem, czy miałem depresję, bo lekarzem nie jestem, ale byłem strasznie przybity. Koniec końców gdybyśmy się wtedy nie rozeszli, być może zabrakłoby mnie na występie Thomasa. Mieszkała bowiem w tym czasie w innym mieście i mógłbym pojechać do niej na weekend albo po prostu z czystej oszczędności zrezygnować z koncertu. Od tego momentu nie byłem w związku z żadną kobietą i ostatnio podczas rozmowy ze znajomym zeszliśmy na te tematy. Stwierdziłem, i były to bardzo przemyślane słowa, że kochać kogoś z wzajemnością to fantastyczne uczucie, ale lepszym uczuciem dla mnie jest to, kiedy strasznie głośno słucham muzyki Modern Talking.
I pomyślcie, że wcale nie musiałem ostatecznie na ten koncert dotrzeć! Nie tylko ze względu, o którym wspomniałem przed momentem, ale np. też dlatego, że cenię sobie oryginalność. Piszę to w tym sensie, że gdybym przed kupnem biletu zorientował się, że występuje połowa oryginalnego składu, mógłbym pomyśleć, że „to nie to samo” i odpuścić. Mało tego, już przy wchodzeniu na halę zostałem zatrzymany przez ochronę, bo zapomniałem, że w kieszeni mam gaz pieprzowy – został on znaleziony podczas kontroli. Pozwolono mi na szczęście oddać go do depozytu i wpuścić mnie na występ. Jak sobie o tym pomyślę z perspektywy czasu – Jezu Chryste, na szczęście! Chwała, że wszystko potoczyło się tak, jak potoczyło.
Jeżeli ktoś dotarł aż tutaj – serdeczne dzięki, że chciało Ci się zagłębić w moją historię.
Historię skazanego na Modern Talking.
Pozdrawiam!