Maxi Jazz idzie do nieba

Rozmowy na temat wykonawców nie współpracujących z Thomasem i Dieterem.
ODPOWIEDZ
nado
Posty: 664
Rejestracja: pt sty 08, 2010 14:48

Maxi Jazz idzie do nieba

Post autor: nado »

Pseudonim artystyczny tego wykonawcy niedzielnym słuchaczom muzyki mówi tyle o jego wielkości, co nazwisko Angelo Badalementi. Jeżeli obu twórców potraktować jednak z perspektywy projektów, które tworzyli, nie da się ich zbagatelizować i stwierdzić, że znaczyli nic, a nawet niewiele. Pierwszy to fortmen zespołu Faithless, drugi - autor muzyki do Twin Peaks. Można krygować się w opisach i chcieć za wszelką cenę umniejszyć zasługi dla muzyki owych dżentelmenów, mnie na myśl o nich przychodzi jednak tylko jedno określenie - REWOLUCJONIŚCI.
Maxi Jazz umarł w wigilię Bożego Narodzenia. Przed śmiercią zdążył zrobić to, co robił do 2015 roku w Faithless - podzielić się mądrością życiową w swoim ostatnim, tym razem niewyśpiewanym tekście. Jego pisanie: proste, szczere, osobiste, w nieprzegięty sposób egzaltowane, nie było "wielką "sztuką", raczej "głębszą myślą" w gatunku muzyki uchodzącej za "bezmyślną". Dzięki niemu, brzmienie klubowe zyskało na znaczeniu. Na wzór chociażby rockowych songów, stało się muzycznym afiszem, tyle że innego pokolenia.
Sister Bliss i Rollo Armstrong w facebookowym pożegnaniu napisali: "Ze złamanym sercem informujemy, że Maxi Jazz zmarł ubiegłej nocy. Był człowiekiem, który zmienił nasze życie na tak wielu polach. Nadał naszej muzyce właściwy sens i przesłanie. Był także cudownym człowiekiem, który miał dla każdego czas, ze swoją mądrością, która była głęboka, ale i przystępna. Praca z nim była zaszczytem i oczywiście prawdziwą przyjemnością".
Cała trójka pracowała jak dobrze naoliwiony, dość skomplikowany, mechanizm. Maxi pisał do już przygotowanych przez Sister Bliss i Rollo utworów, które dyktowała mu nie tylko jego podświadomość, ale też współtwórcy Faithless. Wiesz- powiadał Rollo, napisałem numer. Budzi we mnie określone emocje. I pytał: "Mógłbyś mi je teraz zwerbalizować?" Maxi podobnie współpracował z Sister Bliss. Gdy powstawał kolejny wielki hit zespołu "God Is A Dj", którego Sister była kompozytorką, zaprotestował. Dlaczego z Boga zrobić chcesz didżeja? Nie jestem didżejem, nawet ich nie lubię. Twórczy kompromis skończył się satysfakcjonująco dla obu stron. Zamiast powtarzanego wielokroć tytułu utworu, Jazz zapętlił zdanie: "This is my church. This is where I heal my hurts", a sporne powtórzył nie więcej niż trzy razy.
Pisanie o rzeczach ważnych w nurcie muzyki klubowej znalazło swoich entuzjastów. Pierwszym i najpopularniejszym kontynuatorem przetartego przez Jazz'a szlaku, stał się Moby, niegdyś zagorzały punkrockowiec.
Krzywdzące jednak jest mówić o Faithless, tylko w perspektywie klubowo-tanecznej. Począwszy od pierwszego albumu tria: "Reverence", stało się bowiem jasne, że muzycy ci nie będą komponowali wyłącznie na konsolach. Pięknym preludium ich wspólnego grania, stała się płyta "No Roots". Połaczone w całość dzieło jest niezwykłą mozaiką mocnych i delikatnych niczym muśnięcie electrodźwięków, żywiołowych bitów, żywych instrumentów, ujmujących wokali i oczywiście filozofii życiowej autorstwa Jazz'a:
"Moja miłość oparta jest na starych zasadach. Byłem tam gdy drzewa umierały i gdy świat stał się oziębły, gdy nadal moi ludzie byli kupowani i sprzedawani. Co się dzieje? Co się dzieje? Twoja miłość jest na dużą skalę. Moja jest drobiazgowa. Twoja miłość zmienia świat. My po prostu chcemy to zatrzymać. Dwa serca, oba wyrozumiałe. Dwa sposoby, aby patrzeć w tym samym kierunku. Jeden dom z miejscem dla wszystkich. My po prostu chcemy to zatrzymać. Bez korzeni, bez drzew, bez rodziny, nie ma mnie."
W tym wspomnieniu nie da się przejść obojętnie obok jeszcze jednej roli, którą brawurowo odegrał Maxi Jazz w Faithless: roli showmana i frontmena. Był on siłą napędową, szczególnie podczas koncertów, te zaś są prawdziwymi majstersztykami i nadal zachwycają. Pozostało też coś, naturalnie opierającego się upływającemu czasowi. Nie ma dziś twórców clubinngu, którzy bezpośrenio lub pośrednio nie wykorzystywaliby schedy po Faithless. Bity, klawisze, aranżacyjne fiksacje a'la Faithless po prostu żyją. Moim ulubionym przebojem w stylu brytyjskiego tria jest "Wet" Snoop Dogga.
Teraz, kiedy Maxi Jazz poszedł do nieba, jestem przekonany, że Bogu nie pozostało nic innego, niż zostać didżejem. "To mój kościół. Jest tam, gdzie ukojenie mojej krzywdy".
ODPOWIEDZ