Atlantis pisze:Z tym nie do końca się zgadzam, Dieter po odejściu Luisa stworzył wiele bardzo dobrych albumów np. Forever Blue, jak również nagrań, Mrs. Robota, Nothing but The Truth, Im Schatten Des Windes, mozna by długo wymieniać. Luis ostatnio spisywał się bardzo słabo, na Alone niczym szczególnym się nie popisał, a Shooting Star to katastrofa. Luis to człowiek lat 80., potem już było tylko gorzej, z niewielkimi przebłyskami.
Myślę, że efekt był zasługą obu panów, Fantasy Boy czy Love is The Name of The Game to dobre nagrania, jednak czegoś im brakuje. A dziś?
Piosenki zaaranżowane dla Ashleya pozostawie bez komentarza. A Mr Lonely? To zwyczajny wypadek przy pracy, ale na tej płycie nie wypaliło nic, nie tylko demowe aranżacje....
Możesz mieć rację, my możemy sobie co najwyżej gdybać, jak było naprawdę. Niestety za mało faktów znamy i wymieniamy się bardziej swoimi opiniami, błądząc po poszlakach.
Królestwo i pół córki

oddałbym za to, by na przykład się dowiedzieć, jak wyglądała wówczas rzeczywista praca w studiu. No, taki "Atlantis is calling". I co? Przychodzi Dieter, włącza swoją kasetę magnetofonową (na której pewnie nie ma tego sławnego wstępu, ani "smaczków w tle"), dyskutują o realizacji z Luisem i... no właśnie. Na dobrą sprawę nie wiemy dalej nic. Kto odpowiada za to intrygujące brzmienie? Kto wsadził tam takiego "ducha" i te etyryczne "tajemnice"?
A dzisiaj obaj (Dieter i Luis) stracili tę moc? Gusta się zmieniły, moda, czy wiek ich wyjałowił? Co się stało?

Naprawdę tylko "wypadek przy pracy", czy... "to se ne vrati"?
Przy tym wszystkim nie możemy pomijać też jednego. Dzisiaj są odbiorcy "współczesnego Dietera". Jak najbardziej! Tylko, że ja "zakochany" w brzmieniu Dietera (Luisa?) lat 80-tych do nich już niespecjalnie należę. I tu może właśnie jest mój problem (starość?

), a nie Dietera.

Lecz jakby nie było, jedno obiektywnie i definitywnie można stwierdzić: produkcje lat 80-tych różnią się bardzo znacznie względem tych współczesnych. I to jest fakt.