Witajcie Kochani!
Chciałem napisać już wcześniej, ale nie wyszło. Jak wróciłem z wczorajszego koncertu byłem tak padnięty, że mogłem już tylko strzelić w kimono... Rano szybko do pracy. Teraz nareszcie chwila spokoju i możliwość podzielenia się moimi subiektywnymi odczuciami z zielonogórskiego koncertu Thomasa.
Zacznę chyba od tego, że koncert ten był zarazem najlepszym jak i najsłabszym koncertem Andersa, na którym miałem okazję być (a było tego sporo). Najlepszy z kilku powodów. Po pierwsze, dzięki naszemu kochanemu fanklubowi udało się mi dostać za kulisy i zrobić zdjęcie z Thomasem. Jestem fanem od 25 lat i zawsze marzyłem o takim zdjęciu. Teraz stało się to możliwe. W tym miejscu gorące podziękowania dla Patryka i całej ekipy z TAFCPL za taką atrakcję. Jesteście wspaniali. Po drugie, koncert w Zielonej Górze był wyjątkowy jeśli chodzi o repertuar. Thomas zaprezentował cztery piosenki ze swojego ostatniego longplaya – dla fanów była to prawdziwa gratka. Wspaniałe kawałki w świetnym wykonaniu. Po trzecie, chyba na żadnym z dotychczasowych koncertów Thomas nie miał tak świetnego kontaktu z publicznością, przede wszystkim z sektorem Fan. Przygotowane przez fanów atrakcje i niespodzianki wypadły, mówiąc skromnie, rewelacyjnie. Kapelusze – bomba! I kupa śmiechu zarówno na scenie, jak i wśród publiczności. Rzucone przez nas białe róże ułożyły się w cudny dywan z kwiatów. Wypadło to nieporównywalnie lepiej niż w Kielcach. To, oczywiście, dzięki ułożeniu sceny. Taniec Thomasa z fanką przy Maria – kapitalne.

W tym miejscu ukłon w stronę odważnej Anny Marii – trzeba mieć sporo „jaj” żeby wyrwać Thomasowi mikrofon

No i świetny angielski Anny Marii też nie przeszedł niezauważony. Jako nauczyciel angielskiego znam się troszkę na tym i widzę tutaj spory potencjał lingwistyczny u naszej młodej koleżanki.

Baloniki wypadły świetnie. Co do światełek, mam tutaj nieco mieszane uczucia. Z jednej strony wypadły blado – było ich mało i dawały mało światła. W porównaniu z nimi, sztuczne ognie w Kielcach okazały się o niebo lepszym pomysłem. Z drugiej strony jednak, Thomas czynnie uczestniczył wraz z nami w tej akcji przy Give Me Peace On Earth, trzymając lampkę w swoich rękach. Myślę, że pomysł ze światełkami jest fajny – trzeba to tylko dograć, żeby efekt był lepszy...
Dlaczego więc napisałem, że koncert w Zielonej Górze jest dla mnie jednocześnie najsłabszym koncertem przystojniaka z Koblenz? Przede wszystkim, porównując występ Thomasa we Wrześni, czy w Kielcach, zielonogórska publiczność wypadła po prostu słabo. Nie dopisała frekwencja, sektory świeciły pustkami, na płycie zmieściłaby się spokojnie ciężarówka. Spodziewałem się czegoś innego – nie będę tutaj niczego ukrywał. Wydaje mi się, że zorganizowanie tego typu imprezy w środku tygodnia nie było dobrym posunięciem. I tutaj upatruję główną przyczynę tak niskiego zainteresowania koncertem. Myślę, że również wypadek, który miał miejsce tego dnia w ZG przyczynił się do takiego a nie innego wyniku. Można tutaj tylko gdybać i wysuwać hipotezy – mam nadzieję, że organizatorzy wyciągną wnioski na przyszłość. W końcu koncert miał w tytule „vol. 1”, co sugeruje planowaną kontynuację. Druga sprawa – sektor Fan nie wypadł jakoś spektakularnie. Liczyłem, że będzie nas znacznie więcej. Rozumiem, że dla wielu z Was problemem mogła być odległość, czy też niesprzyjająca pogoda. Ale Kochani – większa mobilizacja następnym razem, OK???? Jest nas wielu, a do ZG dotarli jedynie ci najwytrwalsi. A szkoda...
Co do samego występu... Nie za bardzo rozumiem dlaczego China In Her Eyes wykonane było z playbacku. Od razu dało się to wyczuć. Pozostały wokal szedł na żywo. Może ktoś z Was na jakieś sensowne wytłumaczenie? Mi jakoś nic rozsądnego nie przychodzi do głowy.
Wszystkie wcześniejsze koncert Thomasa wywierały na mnie monumentalne wrażenie – w Zielonej Górze jakoś czegoś mi brakowało. Mam nadzieję, że następna wizyta Tomka w naszym kraju wypadnie równie oszałamiająco, jak ta w Kielcach. Zielona Góra nie do końca tak wypadła – nawet mimo specjalnej wersji Sexy, Sexy Lover wykonanej na scenie.
Tak czy siak spędziliśmy świetny wieczór z Naszym idolem, wśród swoich. Nie wiem ile osób zawitało do Lemoniady. Ja niestety na wizytę w tym pubie nie mogłem sobie pozwolić. Trzeba było wracać do domu bo o 8:00 do pracy czas iść. Ale sam pomysł spotkania tego typu uważam za świetny. Może następnym razem moglibyśmy zorganizować takie fan-club party jako „before”, nie „after”? Spotkać się na godzinkę lub dwie przed koncertem? Wypić kawę czy herbatę, posiedzieć w jakimś miłym lokalu i po prostu lepiej się poznać? Po koncercie człowiek jest już raczej zmęczony i myśli już tylko o jednym... (i nie jest tym czymś seks hehe)
Pozdrawiam Was serdecznie i (mam nadzieję) do zobaczenia niebawem ponownie. :* :* :*
Wasz Michał (alias weidung)